Dom Bernardy

[Recenzja]

Bez emocji w Teatrze Starym
(Dom Bernardy A., reż. A. Radawski)

autor: Maja
ilustracja: Bankrobber

Sztuka Federica Garcii Lorki w reżyserii Alejandra Radawskiego nie zachwyca i trudno w niej upatrywać większych plusów. Zamiast potwornego w swej wymowie dramatu dostajemy zaledwie letni, raczej pozbawiony emocji, choć dość poprawny obraz. Jedno jest pewne: widać wyraźnie spadek formy Teatru Starego po zmianie dyrektora. Abstrahując jednak od politycznego aspektu tej zmiany należy przyjrzeć się samemu spektaklowi.

Opiera się on na sztuce Lorki, ostatniej, która napisał przed śmiercią w 1936 roku. Jest to okrutny, wyrazisty i bardzo emancypacyjny w swej wymowie dramat. Za murami hiszpańskiego domu despotyczna matka po śmierci męża twardą ręką rządzi swymi pięcioma dorosłymi już córkami, żądając od nich całkowitego posłuszeństwa: chce decydować o ich zamążpójściu, przyszłości i wzajemnych relacjach. Dbając o pozory nie pozwala, by poza mury domu wydostało się cokolwiek, co mogłoby zniszczyć dobrą opinię jej rodziny. Tymczasem długo tłumione emocje i żądze dają o sobie znać; córki pragną wydostać się spod jej władzy, upatrując swego ratunku w ramionach mężczyzny – niestety, tego samego. Kumulujące się wydarzenia prowadzą do tragicznego finału.

Niestety tragizmu tego na marne szukać w spektaklu Radawskiego. Reżyser w dużym stopniu okroił sztukę: zamiast pięciu córek Bernardy są trzy: Angustias, Martirio i najmłodsza, Adela, nie występuje w niej również matka Bernardy. Nie ma w tym oczywiście nic złego, choć pewnie postać babki byłaby w stanie wnieść do tej interpretacji coś ciekawego. Część scen reżyser przeniósł na ekran, co, o ile tłumaczyć się mogło w sytuacji pogrzebu ojca (dla zachowania konsekwencji, by na scenie przez cały spektakl nie pojawił się żaden mężczyzna), o tyle w następnych partiach zaczynało drażnić. Kinowe zbliżenia na twarze aktorek, próba przedstawiania w ten sposób uczuć i kłębiących się konfliktów – to mogłoby się obronić tylko w momencie, gdyby na samej scenie pojawiły się jakiekolwiek emocje. Tymczasem zimna, bezosobowa gra aktorek (w roli córek debiutantki krakowskiej AST, kolejno Alina Szczegielniak, Maja Wolska i Aleksandra Nowosadko) budowała tak duży dystans, że widzowi trudno było się przebić do świata przedstawionego i uwierzyć w prawdziwość deklarowanych treści. Nawet grająca Bernardę Ewa Kolasińska nie była w stanie uratować wiarygodności tej sztuki: choć Bernarda w jej wykonaniu wyróżniała się spośród występujących na scenie osób, to jednak jako taka była po prostu gderliwą, nieprzyjemną starszą kobietą – po prostu brakowało jej okrucieństwa. Pozytywnym zaskoczeniem była natomiast grająca służąca Poncję Ilona Buchner, której jako jedynej udało się obronić swoją postać.

Niestety scenografia i charakteryzacja aktorek również okazały się chybione. Jeśli reżyser faktycznie chciał zuniwersalizować wymowę dramatu poprzez umieszczenie jego akcji w bliżej nieokreślonej przestrzeni, którą wyznaczają jedynie różnej wysokości postumenty, to zamierzonego efektu nie uzyskał. Cała historia została wyrwana z pierwotnego, dość istotnego dla tego utworu kontekstu (tradycyjny dom hiszpański, wieś), przez co znacznie osłabł jej szokujący i poruszający potencjał. Z kolei wygląd bohaterek być może miał w symboliczny sposób porządkować rzeczywistość, pokazywać despotyzm i tradycjonalizm matki, zniewolenie córek, ich brzydotę. Dlatego kobiety ubrano w czarne, do kostek suknie, w tym te Bernardy i Poncji posiadały koronkowe krzyże na piersiach, zastosowano mocne, prawie geometryczne makijaże u córek oraz dziwnie ułożono im nad czołami fryzury – ale ten zabieg nie udał się zupełnie. Być może na tak ascetycznie zbudowanej scenie miał wybrzmieć tekst sam w sobie, może miała ona, podobnie jak kostiumy, nie przytłaczać tekstu dramatu. Możemy próbować w ten sposób odpowiadać na pytania, co skłoniło reżysera do takich zabiegów. I jednocześnie musimy stwierdzić, że zwykła, realistyczna scenografia, pokój, stół z filiżanką herbaty mogłyby tu zdziałać więcej, niż wymyślne rozwiązania.

Brak energii, emocji, nietrafiony pomysł, męcząca statyka, niewiarygodność – to największe zarzuty, które można mieć do tego spektaklu. I choć recenzje, które pojawiły się zaraz po prapremierze, sugerują totalną katastrofę, to uspokajamy: nie jest tragicznie, jest tylko letnio: to spektakl, po obejrzeniu którego wraca się do domu i po prostu zapomina.

Dom Bernardy A.
według sztuki Federica Garcii Lorki
reżyseria: Alejandro Radawski
Obsada:
Ewa Kolasińska – Bernarda
Alina Szczegielniak – Angustias
Maja Wolska – Martirio
Aleksandra Nowosadko – Adela
Ilona Buchner – Poncja
Przekład: Rubi Birden
Kostiumy: Anna Czyż
Reżyseria światła / video: Marcin Koszałka
Muzyka: Mieczysław Mejza

Podoba ci się? ->

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>