Szczepan Twardoch Król

[Recenzja]

Król przegrany
(Szczepan Twardoch, Król)

autor: Maja
ilustracja: Maja

UWAGA! Recenzja zdradza fabułę książki!

Najnowszą powieść Szczepana Twardocha czyta się świetnie, i to z kilku względów. Po pierwsze więc dobrze skrojona, trzymająca w napięciu, zaskakująca akcja spod znaku powieści gangsterskich. Po drugie – jedynie sygnalizowany w innych recenzjach tej powieści suspens, może nie tak niespodziewany, bo uważny czytelnik dostrzeże jego zapowiedzi, ale jednak koniec końców poruszający i wstrząsający. Po trzecie – te wysmakowane, dopracowane, fetyszystyczne opisy walk bokserskich, dopasowanych garniturów, pięknych samochodów, zimnych i drogich alkoholi, tak dokładne, szczegółowe, cielesne, a przecież nie nudne! Po czwarte – główny bohater, przystojny Żyd, bokser, gangster i kochanek, Jakub Szapiro – bohater romantyczny, rozdarty, brutalny, ale i czuły, zły i dobry. Po piąte – świetna okładka, przypominająca przedwojenną gazetę czy afisz. Wszystkie te cechy powieści sprawiają, że faktycznie czytając czujemy, że dostaliśmy do ręki kawałek dobrej prozy. Dodatkowo cechy te przysłaniają pewne dyskusyjne aspekty tej powieści.

W lipcu 1937 roku Warszawą niepodzielnie rządzi gang Kuma Kaplicy, który wprawdzie podporządkowuje sobie miasto, narzuca opłaty żydowskim kupcom, rozlicza się bezwzględnie, a nawet, w razie braku możliwości dokonania spłat, posuwa się do brutalnych morderstw, ale jednak jest to gang w jakiś sposób swojski, akceptowany, współtworzący to miasto, którego mieszkańcy godzą się na tak wyznaczone reguły. Członkowie gangu to przede wszystkim: sam Kum – podobieństwo do ojca chrzestnego jest oczywiste, Pantaleon Karpiński, naiwny i w pewien sposób niewinny morderca, żyjący z piętnem inności, czy właśnie Jakub Szapiro – postać wieloznaczna, tragiczna: zbawca, który koniec końców, trawestując Goethego, „wiecznie dobra pragnąc, wiecznie zło czyni”. Jakubowi towarzyszą oczywiście kobiety: nieżona Emilia, dobra i piękna matka jego dwóch synów, Ryfka – była kochanka, obecnie burdelmama, z którą łączył ich romans tak gorący, że o ich miłości i kłótniach wiedziała cała ulica, wreszcie pochodząca z prawicowej rodziny, rozpustna Anna. Akcja, rozgrywająca się w przeciągu kilku miesięcy roku 1937 (nie licząc czasu, w którym toczy się opowieść narratora), toczy się z czasie wielkich przemian, kiedy w Warszawie do głosu coraz wyraźniej dochodzą rasistowskie grupy nacjonalistyczno-prawicowo-katolickie. Niestety jednak wydaje się, że Twardoch upraszcza konflikt pomiędzy jedną i drugą stroną, sprowadzając go do walki pomiędzy opozycjami: Żydzi – Polacy, stare – nowe reguły, stara – nowa przemoc, patriotyzm – nacjonalizm (faszyzm). Taka podzielona na pół Polska jest czarno-biała: zmarginalizowane zostały wszelkie inne nurty i sposoby działania, poza tym, który dominuje w książce – a zatem przemocowym. Być może można w tym upatrywać nawiązania do obecnej sytuacji w Polsce, aczkolwiek nie jest to do końca przekonujące nawiązanie.

Uproszczenie jest poważnym grzechem Twardocha. Rozciąga się ono na wszystkie opisywane grupy społeczne, a więc: Polaków, Żydów, kobiety. Te ostatnie traktowane są, obok zegarków, drogich garniturów i samochodów, jak kolejny artefakt prawdziwego mężczyzny. Posiadają pewne wyróżniające je cechy (w skrócie: anielska i idealna Emilia, wierna i oddana Ryfka, cyniczna, wyuzdana Anna), ale ich postaci nie zostały skomplikowane psychologicznie, a fabularnie tak naprawdę wszystkie koniec końców zmuszone są ulec decyzjom i postanowieniom Szapiry.

Sam Szapiro również wpisuje się w pewien schemat bohatera i tak naprawdę jego zachowania zobrazowane w czasie trwania akcji w 1937 roku, choć pogłębione, również się w nim zamykają. Dopiero zabieg narracyjny, którym posłużył się Twardoch, tak naprawdę pozwolił na skomplikowanie tej postaci. Wydobył z Szapiry jego przeciwieństwo: człowieka starego, zniszczonego, chorego, porzuconego, żyjącego z dala od splendoru, człowieka przegranego. I wreszcie: człowieka pomylonego, który popełnił kiedyś dwa największe błędy w swoim życiu, i który nie chce tego przyjąć do wiadomości.

Jest to więc również opowieść o pamięci i opowieści: o opowiadaniu swojej historii w taki sposób, w jaki chciałoby się ją pamiętać. W swoich oczach, tworząc tę rzeczywistość na nowo, Szapiro u kresu życia naprawia to, co w swych najlepszych latach zepsuł: ożywia ludzi, zdarzenia, przedwojenną Warszawę, daje im szansę zaistnienia ponownie, w momencie, kiedy wszystko jest jeszcze możliwe. Tragizm tej postaci polega jednak na tym, że nic już naprawić się nie da. Obsesyjne pisanie, dające chwilę ulgi, nie cofnie czasu. Czas zatrzymany na papierze nie zmieni tego, co naprawdę się wydarzyło.

Trauma Szapiry, tak naprawdę najwyższym stopniu prywatna, wpisuje się jednak w traumę Zagłady, która została w książce celowo przemilczana – i tak jest chyba najlepiej, zważywszy na charakter tej powieści. Opis nasilających się nastrojów antysemickich w Polsce, środowiska żydowskiego w Warszawie (choć uogólniony i niepełny), oczywista nieświadomość bohaterów co do konsekwencji tego, co dzieje się w Europie, a to wszystko w atmosferze zbliżającej się w sposób nieunikniony katastrofy – to wystarczy, byawiązać do Zagłady w sposób, który nie byłby natarczywy, sztuczny, kaleki. Wszak wiadomo, że najważniejsze jest to, co nieopisane. Czasy naocznych świadków nieuchronnie odchodzą, a nowe pokolenia wciąż na nowo (każde w inny sposób, co oczywiste) szukają języka, by mówić o Zagładzie. Dlatego dobrze, że Twardoch nie sili się na naoczność, która w tej książce nie miałaby racji bytu.

Wydaje się jednak, że cień Zagłady przejawia się także w sposób niedopowiedziany przez historię Mojżesza Bernsztajna. No właśnie – Mojsze. Postać tak tragiczna i wstrząsająca, a przecież nieobecna. Chyba właśnie dlatego zabieg narracyjny Twardocha tak mocno porusza, ponieważ poznajemy Mojżesza jako pierwszoosobowego narratora, a zatem jesteśmy najbliżej, jak tylko możemy być. Śledzimy jego rodzinną tragedię, jego fascynację Szapirą, jego powolne wkraczanie w szeregi gangu Kaplicy. Poznajemy jego emocje i jego samego. Nawet nie zauważamy, kiedy historia zaczyna się rozpływać, rozjeżdżać. Aż wreszcie zostajemy z pustką po Mojszem, tak przejmującą, jakbyśmy go faktycznie poznali. Zanim czytelnik się obejrzy, zostaje więc postawiony w sytuacji utraty, doznaje braku. Nie wydaje mi się, by w tym kontekście duże znaczenie miało to, że Mojsze nie zginął w Holokauście (w kontekście życia Szapiry fakt ten ma za to duże znaczenie). Ważne jest to, że czytelnik widzi, jak mogło wyglądać jego życie od śmierci jego ojca aż do uczestnictwa w walkach izraelsko-palestyńskich jako starego człowieka. Śledzi to, co się nie stało, poznaje historię, która nie miała miejsca. Nie miała miejsca przez Szapirę. Ale i tak najprawdopodobniej by się nie wydarzyła, tak jak nie wydarzyła się historia milionów istnień.

Nad całym opisanym światem unosi się kaszalot – Litani – o płonących oczach. Znajduje się on poza wszystkim co się wydarza i wie wszystko. Ta ponadludzka perspektywa pokazuje świat ludzi oraz ich tragedie jako coś małego i nieistotnego. Jest on także zapowiedzią tego, co nieuniknione i tragiczne: śpiewa przecież pieśń myśliwego. Widzą go wybrane osoby, a przede wszystkim Szapiro, ze swojej pozaczasowej, wspomnieniowej perspektywy, zamazanej przez starość, traumę, chorobę.

Oceniam tę książkę pozytywnie przede wszystkim ze względu na porywającą fabułę i zabiegi na tekście. Nie zgadzam się z opiniami, że powtarzalność pewnych fraz (choćby znane „ciało Nauma Bernsztajna na kaparot podzielone”) nie wnoszą niczego, a mogą irytować. Wręcz przeciwnie: ich powtarzalność buduje nastrój, wprowadza rytm i całkowicie broni się w kontekście całości tekstu. Z tego względu nie przemawia do mnie argument, że jest to jedynie rodzaj maniery w książkach Twardocha. Nie zgadzam się też z opinią, jakoby była to książka tylko „o mężczyznach i dla mężczyzn” (cudzysłów jak najbardziej celowy), choć ubolewam nad konstrukcją i funkcją postaci kobiecych. Za to w pełni podpisuję się pod stwierdzeniem, że jest to powieść raczej rozrywkowa, która jedynie ociera się o ważne tematy, krąży wokół nich, jednak nie dociera do ich sedna.

Szczepan Twardoch, Król, Wydawnictwo Literackie 2016.

Podoba ci się? ->

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>