2 IMG_0585

[Recenzja]]

Powieść nieudźwignięta
Wit Szostak Wróżenie z wnętrzności

autor: Maja
ilustracja: bankrobber

Pierwsze strony powieści Wita Szostaka „Wróżenie z wnętrzności” czyta się z zachwytem. To operowanie językiem, ta konstrukcja wypowiedzi narratora, ta historia, dopiero się rozpoczynająca, a już ciekawa. Gdyby chcieć zwizualizować emocje czytelnika podczas zagłębiania się w tę powieść, można posłużyć się obrazem wykresu , niestety – opadającego. Wydaje mi się, że problem polega na wygórowanych oczekiwaniach czytelnika wobec tej książki, zachęconego pierwszą jej częścią, i zderzeniu ich z dalszym rozwojem akcji.

Ale do rzeczy. Powieść jest właściwie opowieścią Błażeja, głupiego Błażeja, jak sam się przedstawia, młodego mężczyzny, który z jakiegoś powodu zamknął się w swoim świecie i odgrodził od niego, przestając się odzywać. Błażej nie jest niepełnosprawny sensu stricto, po prostu pewne wydarzenie z przeszłości sprawiło, że stał się tym, kim jest – zamkniętym we własnych wnętrznościach, milczącym narratorem-opowiadaczem, zapisującym (wyszeptującym) swoją opowieść.

Błażej jest więc postacią, która z definicji znajduje się na pograniczu. Brak werbalnej komunikacji ze światem zewnętrznym powoduje, że zamyka się on we własnym wnętrzu. Bytuje wsobnie, wewnętrznie, przez co jego kondycję określić można jako „prawie niebycie”. Nie zaprząta sobą uwagi, nie krępuje swoją obecnością, nie zostawia po sobie śladów. Jednocześnie fakt wewnętrznego opowiadania sprawia, że balansuje na granicy wnętrza i zewnętrza. Ocenia, widzi, postrzega. Ceni potęgę słów i rozumie ich istotę, dlatego na sposób opowiadania wybrał sobie właśnie szept, którego nikt (?) nie słyszy. Jego opowieść ma być niejako esencją zdarzeń, ma mieć postać czystą, nienaruszoną przez zniekształcenia wynikające z procesu komunikacji. Jest więc opowieść Błażeja ciągłym naruszaniem status quo, które osiągnął, wycofując się z życia i zagłębiając w sobie.

Postawę Błażeja można by odczytywać jako skrajnie separatystyczną wobec świata, gdyby nie fakt, że wycofując się z niego nie przestał odbierać i przetwarzać jego bodźców, więcej – jego szeptana opowieść żywi się światem zewnętrznym. Świat, który dostajemy w powieści, został przefiltrowany przez specyficzny, Błażejowy filtr, który to nadał rzeczywistości cech wydarzającego się mitu. Słowa Błażeja konstruują Poświatów, dworzec-dom, Mateusza i Martę, Sarę, ojca i matkę, rodzinną historię w sposób nieco naiwny, miejscami pretensjonalny, ale jednak zaklinający rzeczywistość. Trudno oprzeć się wrażeniu, że istnieje tu podobieństwo do Dnia dziennego, dnia nocnego Olgi Tokarczuk.

Błażej znajduje się pod opieką mądrego brata Mateusza i jego żony Marty. Wiodą spokojne życie na dworcu, który Mateusz kupił, porzucając pełne blichtru i sławy życie znanego artysty (tworzącego – nomen omen – instalacje przedstawiające ludzkie wnętrzności). Dworzec, zamieniony w miejsce mieszkalne, staje się w oczach Błażeja symbolem domu bogów, miejscem mitycznym, w którym panują określone prawa i którym zarządza mądra Marta. Marta utożsamiana jest z boginią ziemi i przyrody. Jest tą, która stwarza dom i trzyma go w ryzach. Jest cielesna, zmysłowa, piękna i naga, jak przystało na boginię. Znajduje się po stronie tego, co stałe, cykliczne, niezmienne w swej powtarzalności. Z kolei Mateusz jest zmienny, jego działania bywają nieprzewidywalne. On również, tak jak Błażej, ma za sobą wydarzenie, które zmieniło jego życie i on również znajduje się na granicy – starego i nowego życia.

Wydaje się, że Szostak postawił sobie poprzeczkę wysoko. Stworzył powieść, która porusza tematy życia i śmierci, miłości, zadomowienia i wykorzenienia ze świata. Wszystko to zrobił w sposób indywidualny, interesujący, niesztampowy. Stworzył narratora w zamyśle niebanalnego, posługującego się tkliwym, obnażającym rzeczywistość językiem. Zbudował opozycję świata przed i po (potopie, katastrofie). Wreszcie całą historię rodzinną spiął wspólną klamrą, ponieważ każdy bohater wyrażany jest w jakiś sposób poprzez wariację na temat rozmaicie rozumianych wnętrzności.

I niestety Szostak tego nie udźwignął. Już po przeczytaniu połowy powieści staje się jasne, że takie spiętrzenie niedomówień, ukrytych sensów, symboliki, sensów naddanych albo zostanie w sposób świetny wyzyskane, albo rozczaruje. Wydaje się, że Szostak zdecydował się na trzecią opcję, czyli powolne wytracanie i wygaszanie sensów. Moim zdaniem poddał się i nie wyszło mu to na dobre. Narrator z czasem traci to, co zachwycało, czyli świeżość, i, jak wspomniałam, staje się pretensjonalny, sensy piętrzą się nie wiadomo w jakim kierunku, tak jakby nie dało się pójść o krok dalej, wydostać z tego, co się samemu spiętrzyło. Można powiedzieć, że Majgull Axelsson w Pępowinie udało się to, co nie udało się Szostakowi we Wróżeniu z wnętrzności.

Wit Szostak
Wróżenie z wnętrzności
Seria: Kontrapunkty
Wydawnictwo: Powergraph

 

Podoba ci się? ->

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>