UPADŁE

[Recenzja]

Jak upadają anioły

(Upadłe anioły, reż. Krystyna Janda, Och-Teatr)

autor: Maja
ilustracja: bankrobber

Anglia, lata 20./30. XX wieku. Julia i Jane (uwaga, znaczące imiona!): przyjaciółki, mężatki, eleganckie kobiety i bywalczynie salonów, lekko znudzone pięcioletnimi małżeństwami. Mężowie: zamożni, szanowani mężczyźni grający nałogowo w golfa, przekonani o stabilności swojego życia małżeńskiego. I on – tajemniczy, zabójczo przystojny Francuz Maurice, wspomnienie przedmałżeńskich rozkoszy obu bohaterek, który nagle przysyła liścik z informacją, że zamierza zawitać do Anglii. Mężowie bohaterek akurat grają w golfa, więc podekscytowane kobiety przygotowują się na spotkanie z dawnym kochankiem, licząc na to, że stara namiętność odżyje.

W ten sposób rozpoczyna się sztuka w reżyserii Krystyny Jandy, zrealizowana na podstawie farsy Noëla Cowarda pt. Upadłe anioły. Trzyczęściowa – jak na farsę przystało – kompozycja sztuki najpierw wrzuca widza w zwykły poranek w zamożnym angielskim domu, gdzie po wyjściu męża dojdzie do zawiązania intrygi (akt I), by później poprowadzić go przez wspólnie spędzony wieczór przyjaciółek i oczekiwanie na kochanka (akt II), aż do poranka i południa dnia następnego, kiedy dochodzi do rozwiązania intrygi (akt III). Akcja niemal przez cały czas prowadzona jest wartko, płynnie (zdarzają się nieliczne dłużyzny, ale raczej nie ma to wpływu na odbiór całości). Symetria układu postaci (dwie pary małżeńskie), znakomicie wykorzystana w akcie III, rozbijana jest przez postacie gosposi i Maurice’a. Mamy też klasyczny farsowy zestaw: historię osnuto wokół tematu zdrady małżeńskiej, a akcja budowana jest w sposób humorystyczny; w taki też sposób pokazane zostały słabości ludzkie. Jednak utwór ten to także obraz społecznych relacji, zabawa formą i pole do popisu dla odtwórczyń głównych ról. Coward, odwracając role i czyniąc zdolnymi do występku znudzone małżeństwem kobiety, demityzując zjawisko kobiecej przedślubnej czystości, a także każąc na scenie wyrażać swoje pożądanie, upijać się i awanturować oraz leczyć kaca swym bohaterkom – kobietom, przypomnijmy, eleganckim – podejmuje grę z konwencją farsy, a także z oczekiwaniami publiczności.

Krystyna Janda chciała wydobyć dla nas ten utwór Cowarda w takim kształcie, w jakim bawił publiczność przeszło dziewięćdziesiąt lat temu – i dlatego zachowała realistyczną scenografię, zrezygnowała z zabiegów mających na celu uwspółcześnienie sztuki, odrzuciła też możliwość wykorzystania nowoczesnych urządzeń (np. audio lub wideo). Dzięki temu dostaliśmy spektakl ciekawy, interesujący i – wbrew pozorom – wyróżniający się. Choć społeczny kontekst nieco już się zatarł i nie odczuwamy go tak silnie, to jednak wciąż wyczuwamy humorystyczny potencjał tego utworu, który przecież nadal szczerze bawi także dzisiejszą publiczność.

Jest to zasługa przede wszystkim bezbłędnie dobranej obsady. Upadłe anioły to sztuka pomyślana dla dwóch świetnych aktorek – i tak jak spektakl może za ich pośrednictwem stać się pokazem kunsztu aktorskiego, talentu, humoru i dystansu do siebie, tak w przypadku źle obsadzonych ról Julii i Jane może się też okazać klapą. Duet Ostaszewska-Cielecka sprawdził się całkowicie. Niezwykle dynamiczna, humorystyczna, porywająca, miejscami celowo przesadzona gra aktorek w sposób niesamowity ożywiła sztukę, a w dodatku ujawniła – co rzadkie – że bawią się one równie dobrze, jak publiczność.

Co do samej tematyki spektaklu, to należałoby się przyjrzeć szczególnie trzem aspektom: postaciom kobiecym, relacjom panującym w małżeństwie oraz tytułowemu upadkowi. Julia i Jane to kobiety żyjące w dobrobycie, myślące o rzeczach błahych, czerpiące z uroków życia, nieposiadające większych zmartwień. Jednocześnie to kobiety, które posiadają tę wygodę, że nie muszą walczyć o emancypację. Dlatego właśnie swobodnie podejmują ze swoimi mężami tematykę braku namiętności, odnoszą się do nich z pewną pobłażliwością, widzą braki w swoich związkach i – nade wszystko – rozumieją swoje potrzeby i wypowiadają je na głos. Akt II jest nie tylko popisem duetu aktorskiego, ale też dwugłosem wyrażającym odważnie i bez skrępowania kobiece fantazje, pragnienia i namiętności. Z kolei mężowie są tu zafiksowanymi na grze w golfa dżentelmenami, dla których przyzwyczajenie i brak żywszych uczuć w związku nie jest niczym złym, lecz naturalną konsekwencją dłuższego pożycia. Nie chcą niczego zmieniać, a w swoich małżeństwach przyjmują bierną postawę.

A co z upadkiem? Czy wykroczy poza kobiece marzenia i fantazmaty i stanie się faktem? Jeśli tak – to co na to mężowie? Tego nie powiem; zdradzę jedynie, że dużą rolę odgrywa czynność wybierania zasłon, wygodna dla wszystkich. Koniec spektaklu jest przewrotny, ironiczny, diagnozujący, ale dzięki swojej formie – także lekki, humorystyczny i rozładowujący napięcie.

Janda za Cowardem pokazała nowoczesność wdzierającą się do powiktoriańskiej Anglii, kobiecy „upadek”, emocje, które potrafią zawładnąć człowiekiem bez reszty oraz instytucję małżeństwa. Stworzyła przy tym dziełko lekkie, przyjemnie, ładne, oraz kobiecy, urokliwy i zabawny teatr. Duży powiew świeżości płynie także stąd, że jest to teatr, który należy traktować z przymrużeniem oka, nie do końca serio. Jest to zarazem sprawdzian dla widza, czy potrafi tak po prostu przyjść na spektakl i najzwyczajniej się pośmiać. Janda przypomina, że teatr to także – a może przede wszystkim – przyjemność.

Podoba ci się? ->

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>