wyspa łza kopia

[Artykuł]

O zahaczkach, podróżyciu i mrocznej bliźniaczce

(Joanna Bator Wyspa Łza)

autor: Maja
ilustracja: bankrobber

Uwaga, artykuł zdradza część fabuły!

Jeżeli po Wyspie Łzie oczekujemy, że choć częściowo będzie kontynuacją – czy to pod względem tematycznym, czy formalnym – tendencji znanych nam z Ciemno, prawie noc…, to srodze się rozczarujemy. Jeśli damy się zwieść zamieszczonym na okładce książki obietnicom poszukiwania Sandry Valentine i naiwnie nastawimy się na kolejną trzymającą w napięciu, zaskakującą i pełną zwrotów akcji fabułę – to istnieje ryzyko, że zniechęcimy się już przy drugim rozdziale.

Mam duży problem z oceną tej książki właśnie dlatego, że wywołuje we mnie coś w stylu czytelniczego niespełnienia – kiedy wydaje się, że już-już dochodzimy do celu, na horyzoncie pojawia się Sandra lub Anna Karr, a historia zaczyna składać się w całość – nagle opowieść znów się rozmywa, znów zapadamy się we fragmentaryczne, luźno ze sobą związane rozważania autobiograficzne i quasi-autobiograficzne, psychoanalityczne, autotematyczne. Narratorka zwodzi nas, otwiera coraz to nowsze tropy, które nagle porzuca, by znienacka do nich wrócić. Przede wszystkim jednak redukuje wydarzenia na rzecz opisu miejsc, zdarzeń, osób, który z kolei staje się pretekstem do snucia opowieści intymnej, skoncentrowanej na psychice narratorki.

Po co więc Bator Sandra – zaginiona przed laty na Sri Lance amerykańska dziewczyna? To przecież wokół tego wątku osnuta jest cała historia. Wydaje się, że Sandra i jej tajemnicze zniknięcie, a także podróż autorki (oraz narratorki) jej śladami to punkt wyjścia dla skonstruowania opowieści o kobiecej samotności, melancholii, życiu w podróży, poszukiwaniu tożsamości i własnej historii. Na początku powieści narratorka przedstawiona jest jako kobieta dręczona różnymi lękami, która zmaga się z (jeszcze) nie do końca uświadomioną traumą. Tym jednak, co najpełniej ją charakteryzuje, jest jakby żywcem wyjęta z książki Bieńczyka, wszechogarniająca melancholia. W zmagania z nią nagle wplątuje się przypadkiem zasłyszana fraza „zniknęła bez śladu”, co nie staje się jedynie przyczynkiem do powstania powieści (sygnalizowana wielokrotnie opowieść o Annie Karr), ale też zmusza narratorkę do bezpośredniego i bardziej osobistego zaangażowania się w tę historię. Jest to szeroko zakrojony projekt podróży niejako w poszukiwaniu Sandry, ale także w poszukiwaniu Anny (bohaterki powstającej powieści) i w końcu – samej autorki-narratorki.

Bator bardzo świadomie tworzy w tym celu kilkupoziomową maskaradę. Przede wszystkim pisze powieść – Wyspę Łzę – mającą wyglądać na autobiograficzną (nazywa ją „najprawdziwszą autofikcją”). Narratorka wypowiada się w pierwszej osobie, podaje wydarzenia i fakty ze swego życia, które można przypisać autorce. Co więcej, narratorka pisze powieść o Annie Karr – którą przecież zapowiada także w wywiadach sama Bator. Dodatkowo – wiemy, że Bator rzeczywiście w celach twórczych wybrała się na Sri Lankę. Książka opatrzona jest autentycznymi zdjęciami ilustrującymi kolejne etapy podróży, wykonanymi przez Adama Golca, który towarzyszył pisarce w tej wyprawie.

Tak więc z jednej strony Bator konstruuje narrację w ten sposób, by umożliwić czytelnikowi utożsamienie jej z narratorką powieści. „Ile z autorki jest w bohaterce Wyspy Łzy?” – pyta narratorka przewrotnie. Z drugiej strony autorka – tworząc w książce coś na kształt traktatu o powstawaniu opowieści poprzez wywiedzenie fikcji z rzeczywistości oraz z ludzkiej psychiki – daje do zrozumienia, że jest to rodzaj gry z czytelnikiem. Rzeczywistość jest tylko tzw. zahaczką, czyli miejscem zaczepienia, wokół którego można utkać opowieść. Fikcjonalność odgrywa tu ogromną rolę: jest nadbudową, która powstaje na kanwie rzeczywistości. Wspomniana teoria bardzo silnie zaprawiona jest freudowską psychoanalizą, którą zresztą widać na każdym etapie powieści. Bator wspomina o istnieniu dwóch bliźniaczych tekstów: dziennego, świadomego i nocnego, jak można się domyślać – pochodzącego z podświadomości. Tekst nieuświadomiony, wynikający z najgłębszych pragnień, traum i obaw, sam zapisuje się w opowiadaniu i stanowi drugie dno opowieści. Jednak Bator nie chce być jedynie teoretyczką – jej powieść (Wyspa Łza) ma ilustrować tę zasadę: pod powierzchnią toczących się wydarzeń kryją się splątane ze sobą fragmenty rzeczywistości, fikcji, fantazji, a także rozrośnięte do samodzielnych obrazów wizualizacje lęków, traum lub pragnień. Wpływa to na rozumienie procesu pisania jako rodzaju terapii oraz walki z największym chyba problemem bohaterki – pragnieniem śmierci i znikania.

Zasada bliźniactwa zostaje przez Bator przywołana nie tylko przy opisie dwóch rodzajów tekstów, ale też podczas konstruowania postaci narratorki, która wprost zauważa: „Jest mnie dwie”, „Póki ona jest, toczy się opowieść i trwa życie”. Wątek bliźniaczki jest więc ważny z powodów autotematycznych – czego Bator nie ukrywa, nawiązując do koncepcji Rolanda Barthesa. W książce powstaje tekstowa bliźniaczka, która istnieje tak długo, jak długo trwa powieść i która na końcu zniknie. Jest to ja tekstowe, wykreowane w opowieści, które jest świadectwem nieusuwalnej bariery pomiędzy światem tekstowym i rzeczywistym. To jednak nie wszystko. Postać mrocznej bliźniaczki (Doppelgänger), zwiastunki śmierci, pojawia się w powieści wielokrotnie (zostaje steoretyzowana dzięki przywołaniu twórczości E.T.A. Hoffmanna i E.A. Poego oraz Frankensteina M. Shelley) w kontekście postaci narratorki, przeczuwającej tę własną, mroczną, dążącą do samozagłady, ciemną stronę. Bator wykorzystuje ten motyw także po to, by stworzyć szereg powiązań pomiędzy narratorką i Sandrą (pragnienie zniknięcia, a nawet śmierci) oraz sobą-Sandrą i Anną Karr. Tak naprawdę wydaje się, że tworzona maskarada polega na powstaniu szeregu odbitych postaci, że dochodzi w niej do wewnętrznego rozbicia i ucieleśnienia pod postacią różnych bohaterek rozmaitych cech (rzeczywistych, ukrytych, przerzuconych, upragnionych) narratorki, ale też – autorki.

Wszystkie te zabiegi tworzą w powieści obraz psychologiczny głównej bohaterki. Melancholia, to „nic, które boli”, jak pisze Marek Bieńczyk, zmusza ją do poszukiwania źródeł poczucia straty, którego doświadcza. Na Wyspie Łzie, wędrując śladami zaginionej Sandry Valentine, zagłębia się we własną historię: opisuje Wałbrzych, dzieciństwo, doświadczenie pierwszego opuszczenia, nieudane relacje z mężczyznami i wreszcie działania, jak bieganie, podróżowanie, poszukiwanie kolejnych wyzwań i ekscytacji, które zdają się kompensatą po utracie czegoś ważnego, lecz nie do końca uświadomionego.

Bardzo ważną rolę odgrywa w tym psychologicznym obrazie stosunek narratorki do własnej kobiecości. Z jednej strony objawia się przez poczucie głębokiej, kobiecej, siostrzanej więzi z zaginioną Sandrą, ale też ze wszystkimi zaginionymi, samotnymi, niemogącymi się odnaleźć kobietami (wiele mówiąca dedykacja: Sandrze Valentine. I innym, które znikły bez śladu). Z drugiej – jest to wyparcie kobiecości rozumianej jako stereotypowa rola płciowa (niechęć do „upupienia w damskiej roli”). Między innymi dlatego bohaterka nie może zostać matką czy żoną, nie jest w stanie gdziekolwiek i przy kimkolwiek się zadomowić. Jednocześnie całe zaplecze opisywanych procesów psychicznych i przeżyć (także doświadczeń ciała) jest problematyzowane w sposób znacząco naukowy, widać więc wyraźnie miejsca, w których zza postaci narratorki wyłania się i dochodzi do głosu Joanna Bator, autorka pracy doktorskiej dotyczącej feminizmu, postmodernizmu i psychoanalizy.

Jednym z takich miejsc jest zawarty w książce opis „symbolicznej bezdomności” narratorki. Bezdomność ta związana jest z bezpowrotną utratą pierwszego mieszkania (ciała matki), co nie pozwala bohaterce zadomowić się w żadnym miejscu – stąd jej sposobem na przetrwanie staje się, jak sama to nazywa, podróżycie. Polega ono na ciągłym życiu w podróży, „życiu bez korzeni”, nieprzywiązywaniu się lub – gdy zachodzi obawa przyzwyczajenia – zrywaniu powstających więzów. Jedynym sposobem zamieszkiwania, jaki deklaruje narratorka, jest zamieszkiwanie twórcze, polegające na zawłaszczaniu rzeczywistości poprzez jej zapisywanie. Zapisana rzeczywistość zostaje wchłonięta przez zapisujący podmiot, zinterpretowana i poddana obróbce. Stąd właśnie w powieści Bator takie bogactwo opisów, wielość postaci i miejsc, zapachów i odczuć.

Jak widać, cała autotematyczno-psychologiczno-feministyczno-filozoficzna koncepcja Bator zawarta w Wyspie Łzie jest bardzo spójna, przemyślana, posiada mocne zaplecze naukowe. Nie zmienia to faktu, że ta naukowość, nawet uzasadniona, podrzucana czytelnikowi mimochodem, chwilami męczy. Są momenty, kiedy staje się zbyt jaskrawa. Autorka sama podsuwa nam narzędzia, tropy i języki, którymi można czytać jej książkę, co – trzeba przyznać – bywa irytujące.
Na plus należy zaliczyć klimat tej książki, na który składają się atmosfera tropików, czarnej magii, oniryzmu, przekonanie o jakimś głębszym powiązaniu pomiędzy elementami układanki, tajemnicze przeczucia i niedopowiedzenia, a także poczucie, że wszystko dzieje się poza czasem, w czasowej luce. Książka wypełniona jest egzotyką, smakiem curry, imbiru i cynamonu, obrazami dżungli, plaż i morza, wspomnieniami, a także niezwykłymi historiami napotkanych postaci, takich jak Oset, Czarownik z Negombo czy Pinkboj.

Być może taka powieść była w dorobku tej pisarki potrzebna, mam jednak nadzieję, że kolejnej powieści bliżej będzie do Ciemno, prawie noc… niż do Wyspy Łzy.

Joanna Bator, Wyspa Łza
Fot. Adam Golec
Wydawnictwo Znak
Kraków 2015

Podoba ci się? ->

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>