klata

[Recenzja]

Lear po watykańsku

(Król Lear, reż. Jan Klata. Teatr Stary w Krakowie)

autor: Maja
ilustracja:e3a

Mijając rozwieszone w strategicznych miejscach Krakowa plakaty reklamujące najnowszy spektakl Jana Klaty przedstawiające tytułowego bohatera w stroju papieskim, można zareagować na wiele sposobów. Można na przykład wzruszyć ramionami i przejść nad tym do porządku dziennego albo porządnie się zgorszyć i westchnąć głęboko nad upadkiem tego, co nazywa się jeszcze gdzieniegdzie sztuką wysoką. Można, przeczuwając atmosferę skandalu i ledwie hamując podniecenie, jak najszybciej zarezerwować bilety na najbliższy spektakl albo podjąć chłodną decyzję o poświęceniu 50 złotych ze zwykłej ciekawości, jak też rozwija się współczesny teatr.

Rzeczywiście twórczość Klaty wydaje się ważnym głosem oddającym pewne tendencje w najnowszym teatrze. Groteskowość podszyta tragizmem, ciągle ponawiana próba diagnozy współczesności przy jednoczesnej niefrasobliwości w deptaniu po narodowych (i nie tylko) odciskach, poszukiwanie coraz to nowszych odczytań sczytanych, wydawałoby się, dzieł – to tylko niektóre cechy tej twórczości. Idąc na spektakl reżyserowany przez Jana Klatę można liczyć na to, że „coś się będzie działo”, że zostaniemy czymś zaskoczeni – tak mi się przynajmniej wydawało. Tym bardziej rozczarowała mnie ziejąca od pewnego momentu spektaklu nuda, tym tragiczniejsza, że zamysł reżyserski wydawał się interesujący.
Początek spektaklu był obiecujący. Stojący plecami do widowni księża w sutannach, przed nimi sediarze papiescy dźwigający lektykę z papieżem-królem Learem, a wszystko przy dźwiękach chorałowo brzmiącego coveru piosenki Nothing compares to you, zaśpiewanej po chińsku – to rzeczywiście robiło wrażenie. Leara przedstawiono tu jako papieża-despotę, zmęczonego życiem tyrana. Scena ta od razu wprowadzała widza w koncepcję reżysera: przeniesienie historii o władcy, wzgardzonym przez córki i poniżonym ojcu, o kłamstwie słów i prawdzie milczenia, o obłudzie i zdradzie, ale też cichym poświęceniu i miłości – w realia struktur (współczesnego?) Kościoła katolickiego. Wydaje się, że to bardzo ciekawy pomysł: pokazać, co tekst Króla Leara, dramatu ponadczasowego i niezwykle poruszającego, w odpowiednim odczytaniu i przedstawieniu jest nam w stanie powiedzieć o zależnościach kościelnych, a także Kościele jako instytucji i jako wspólnocie. Co więc poszło nie tak? Czyżby Klata się przeliczył? Może Lear nie jest aż tak aktualny, jak by się wydawało, albo metafora okazała się zbyt grubymi nićmi szyta – na to pytanie każdy powinien sam sobie odpowiedzieć. Według mnie, po świetnej scenie pierwszej i kolejnych paru bardzo dobrych (Edmund jako młody ksiądz, wykonujący na scenie szaleńczy taniec), nagle coś zaczęło się psuć, i to z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że obdarowano nas kilkoma przydługimi scenami, w czasie których niemal nic się nie działo (rozmowy Edmunda z Edgarem, knowania Edmunda). Po drugie – ponieważ słowa w ustach aktorów zaczęły brzmieć pusto i były gdzieś obok tego, co toczyło się na scenie. Przez to pierwotny zamysł, który początkowo bardzo mi się podobał, nagle przestał przystawać do sztuki i coraz częściej musiałam zadawać sobie pytanie o zasadność kolejnych chwytów.

Można powiedzieć, że sztuka rozbroiła się sama. Przede wszystkim wątpliwość zaczęło wzbudzać samo zestawienie tematyki Kościoła i tekstu Króla Leara – bo czy spektakl mówi o Kościele coś nowego, czego byśmy nie wiedzieli? Nie bardzo. Czy wzbudza żywsze emocje? Raczej nie. Czy okazał się kontrowersyjny? Też niezbyt. Dodatkowo można było odnieść wrażenie, że zestawienie to nie było umotywowane we wszystkich częściach sztuki. Sceny, gdzie kwestie córek Leara wypowiadali księża (role Jacka Romanowskiego i Mieczysława Grąbki) lub gdzie wygnany Edgar (Krzysztof Zawadzki) jako półnagi ksiądz w otępieńczym szale skakał po przezroczystej konstrukcji, były z pewnością interesujące i pomysłowe, jednak znajdowały się jakby obok tekstu dramatu. Klata, w przeciwieństwie choćby do Mai Kleczewskiej (u której akcja Snu nocy letniej Szekspira przeniesiona zostaje do nocnego klubu, co jest umotywowane w każdym miejscu sztuki), nie zdołał zachować spójności swojej metafory, nie osiągnął więc spektakularnego efektu.

Inną rzeczą utrudniającą interpretację były niekonsekwencje i niczym nieumotywowane, albo słabo umotywowane, chwyty. Wspomniany szaleńczy i niejednoznaczny taniec Edmunda wydawał się dobrym wstępem do czegoś więcej – ale to więcej nie nastąpiło. Cover piosenki Sinéad O’Connor w wersji chińskiej był nastrojowy, budował klimat, ale też nie znalazł umotywowania w toku akcji. Podobnie zakończenie – być może w zamyśle miało być miejscem na rozluźnienie napięcia, refleksję, swoiste współczesne katharsis, ale nie spełniło swojej roli – stało się przedłużającą się chwilą, podczas której widz zadaje sobie nieco wstydliwe i trochę kompromitujące sztukę pytanie: czy to już?
Trochę trudno mi było uwierzyć, że tak zmarnował potencjał Szekspira reżyser Trylogii, sztuki naprawdę dobrej, wieloznacznej, uaktualniającej słowa Sienkiewicza i umieszczającej je w nowych kontekstach. Chciałabym powiedzieć, jak można to zrobić w kontekście Trylogii, że utwór znakomicie wpisał się we współczesne realia, że jest to nowatorskie, oryginalne i nieoczywiste odczytanie oryginału i przede wszystkim – że mówi coś nowego o dramacie i wprowadzonym kontekście – ale nie mogę.
I nie chodzi o to, że Klacie totalnie zabrakło pomysłu na ten spektakl. Był przecież upadek papieża, były pokątne knowania kardynałów i księży, były walki wewnętrzne i zmaganie się dobra ze złem. Ciekawym – choć jednak trochę powtarzalnym, nawet w kontekście wspomnianej Trylogii – zabiegiem było wprowadzenie łóżka szpitalnego, w którym umieszczono głównego bohatera. Miało ono nie tylko symbolizować bezsilność, starość, utratę władzy i popadanie w obłęd, ale też nieuchronnie uruchamiało kolejny narodowy – i nie tylko – mit, jakim stały się choroba i umieranie papieża Jana Pawła II. Podobnie przezroczysta klatka, w której leżał schorowany Lear, przywodząca na myśl szybę w szpitalnej sali, będąca metaforą odosobnienia, upadku godności, ale jednocześnie – publicznego, wziętego pod lupę i odartego z tajemnic umierania (efekt uzyskany także dzięki kamerze centralnie skierowanej na twarz aktora, wyświetlającej obraz na wielkim ekranie). Dobrym, choć nieco niedopracowanym, pomysłem było obsadzenie w roli Kordelii jedynej w sztuce kobiety i utożsamienie jej z błaznem. To genderowe przemieszanie (role córek Leara grane przez mężczyzn, rola błazna grana przez kobietę) nie tylko wyróżniło postać Kordelii, ale nadało jej też dwuwymiarową wymowę – z jednej strony tej nieskazitelnej postaci, która naprawdę kocha, nie potrafiąc tego wyrazić, z drugiej – niezwykle gadatliwego głosu sumienia Leara, toczącego z i w nim walkę o to, co słuszne. Niedopracowanie polegało jednak na obsadzeniu w tej roli Jaśminy Polak, która okazała się mało charakterystyczną Kordelią i zdecydowanie sztucznym błaznem. Wiele do życzenia pozostawiała także dykcja aktorki, ale był to problem nie tylko jednej osoby.

Przydługie sceny wypełnione nie do końca zrozumiałą mową – to niemal największy minus tego spektaklu. Nawet znając treść dramatu chwilami trudno było zrozumieć aktorów, którzy z fatalną dykcją mówili lub krzyczeli do mikrofonów.  Ta niedbałość wypowiedzi w znaczący sposób odbiła się na jakości odbioru sztuki. Bywały momenty, kiedy, aby zrozumieć sens wypowiedzi aktorów, trzeba było zerkać na umieszczone po bokach sceny telebimy pokazujące tłumaczenia sztuki po angielsku.

Pod względem aktorskim wyróżniał się niestety (i w sumie na szczęście) chyba jedynie odtwórca głównej roli, Jerzy Grałek. Nie tylko idealnie pasował do tej roli pod względem wizualnym, ale w dodatku znakomicie oddał złożoność postaci Leara, a poza tym chyba jako jedyny wypowiadał się wyraźnie i zrozumiale (choć przez szacunek dla „starej” szkoły aktorskiej nie powinnam o tym wspominać, ponieważ kiedyś rozumiało się to samo przez się). Niestety ani Krzysztof Zawadzki w popisowej scenie szaleństwa, ani tym bardziej Bartosz Bielenia, który wpadał w niezrozumiałe potoki słowne, nie zdołali zachwycić. Grający Oswalda Bogdan Brzyski starał się wprawdzie urozmaicić swoją postać, wprowadzając w jej kreację element niejednoznaczności, jednak nawet to nie sprawiło, że bohater ten zapisał się w mojej pamięci jako widza.
Niewątpliwym plusem całego spektaklu było zastosowanie wspomnianej już kamery, umieszczonej nad sceną, wyświetlającej obraz na ścianie znajdującej się za plecami aktorów. Wprowadzało to inny wymiar wizualny, ponieważ zmieniało perspektywę poznawczą widza. Szczególny efekt przyniosło to w dwóch scenach – po pierwsze wtedy, gdy przedstawiono wertykalny ruch wspinaczki Edgara i Gloucestera, po drugie – gdy dokonano zbliżenia twarzy umierającego Leara. I w jednym, i w drugim przypadku widać wyraźną grę z kinową perspektywą wizualną. Atrakcyjne były także efekty związane z oświetleniem, które doskonale  współgrały z tym, co działo się na scenie, budowały napięcie, a w scenie burzy po prostu konstruowały przedstawianą rzeczywistość.

Co można powiedzieć więcej? Klata stworzył spektakl o mechanizmach władzy, lekko groteskową, lekko tragiczną opowieść o współczesnym Kościele katolickim, inspirowaną Królem Learem Szekspira i opartą na fabule tego dramatu. Z pewnością miała to być nieoczywista interpretacja klasyki – czyli coś, co ma przeformułować nasze myślenie o danym dziele, pokazać je w nowym kontekście, może też powiedzieć coś nowego o nas samych. Dodatkowo, czyniąc obraz wewnętrznych struktur kościelnych głównym przedmiotem swoich przemyśleń, reżyser świadomie sięgnął po dość już u niego powszechny element kontrowersji. I wszystko byłoby dobrze, gdyby jego zamysł wyszedł – gdyby spektakl wykonany został z większym rozmachem, ale też z większym dystansem w podejściu do tematu. Tak – z większym dystansem, ponieważ zabieg zniekształcania i unieszkodliwiania budowanego za pomocą muzyki i efektów wizualnych patosu po prostu reżyserowi nie wyszedł. Ponadto Klata, obok scen obiecujących, ciekawych, umieścił partie tak klasycznie przegadane, że aż nudne, i ta właśnie nuda zabiła wszelką innowacyjność i kontrowersję. Dochodzące do tego niedociągnięcia techniczne w postaci zmasakrowania tekstu dramatu przez część aktorów i uczynienia z niego średnio zrozumiałej słownej papki całkowicie zabiły emocjonalność tego – skądinąd świetnego – utworu. Dlatego właśnie uważam, że Klata, chcąc odświeżyć, wzbogacić tekst Króla Leara – tak naprawdę niestety go zubożył.

William Shakespeare, Król Lear
opracowanie tekstu, opracowanie muzyczne, reżyseria: Jan Klata
scenografia: Justyna Łagowska
choreografia: Maćko Prusak
muzyka: James Leyland Kirby
Teatr Stary w Krakowie
data premiery: 19 grudnia 2014 roku

Podoba ci się? ->

3 Comments

  1. Anna pisze:

    Bardzo dobra recenzja. Byłam na spektaklu iam podobne spostrzeżenia

  2. Agata pisze:

    Swietna recenzja, bardzo dobrze sie czyta. Ja widzialam spektakl wczoraj, mimo smierci Jerzego Gralka zdecydowano o kontynuacji wystawiania spektaklu. Niestety na scenie zieje pustka, ktorej obrazy przedstawiajace Leara na ekranach i dzwieki z jego monologami z offu nie sa w stanie wypelnic. Brak tytuowej postaci wyostrza wady spektaklu wypisane przez Ciebie wyzej, cudowne scenografie, praca swiatlem, ciekawy zabieg z uzyciem kamery nie sa w stanie zagluszyc delikatnego rozczarowania interpretacja Klaty. Zwlaszcza, ze w wielu swoich zabiegach Klata zwyczajnie sie powtarza i wplata je we wszystkie swoje spektakle, jakby z przyzwyczajenia.

    Przepraszam za brak polskich znakow.

    • Liberoteka pisze:

      Bardzo dziękuję za komentarz. Cieszę się, że udało mi się zobaczyć ten spektakl jeszcze z udziałem Jerzego Grałka. Twoja recenzja potwierdza moje obawy, że bez niego spektakl nie będzie w stanie się obronić.
      Pozdrawiam!

Odpowiedz na „AgataAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>